MADRYT
Treść strony
ToggleDo Madrytu przyciągnęła nas przede wszystkim książka Eduardo Mendozy „Walka kotów”. Jej akcja rozgrywa się właśnie tutaj, dlatego byliśmy ciekawi miasta, które poznaliśmy wcześniej z kart powieści. Ale był jeszcze jeden powód – obrazy Velázqueza. Chcieliśmy zobaczyć je na własne oczy, stanąć przed nimi i poczuć tę szczególną chwilę, kiedy coś znanego z reprodukcji nagle staje się prawdziwe i jest na wyciągnięcie ręki.
Madryt przywitał nas ciepłem, słońcem i atmosferą, która od pierwszych chwil sprawiała, że poczuliśmy się dobrze. Miasto okazało się dokładnie takie, jakiego trochę się spodziewaliśmy, a jednocześnie zupełnie inne.
Zachwyciła nas jego architektura, szerokie ulice, piękne place i ogromna ilość sztuki. Madryt jest prawdziwym rajem dla tych, którzy lubią malarstwo. Picasso, Goya, El Greco, Velázquez – nazwiska wielkich mistrzów pojawiają się tu niemal na każdym kroku. Dla nas szczególne znaczenie miało spotkanie z dziełami Velázqueza. Nagle obrazy, które wcześniej oglądaliśmy w książkach czy albumach, znalazły się przed nami. To jedno z tych małych, ale ważnych podróżniczych przeżyć, które zostają w pamięci na długo.
Przed wyjazdem trochę obawialiśmy się sierpniowych upałów. Okazało się jednak, że nie było tak źle, jak się spodziewaliśmy. Madryt zaskoczył nas ilością zieleni. Parki i skwery dawały wytchnienie od słońca, a lekki wiaterek i pojawiające się od czasu do czasu chmurki sprawiały, że mogliśmy spokojnie spacerować i odkrywać kolejne zakątki miasta.
Cieszył nas nie tylko dzień, ale i wieczory.
Madryt nie zasypia. Kiedy robiło się chłodniej, miasto jakby budziło się na nowo. Na ulicach pojawiało się coraz więcej ludzi, otwierały się kolejne restauracje, kawiarnie i bary. Z każdej strony dochodził gwar rozmów i śmiech. Można było po prostu usiąść przy stoliku na ulicy, zamówić tapas, kieliszek hiszpańskiego wina i patrzeć na przechodzących ludzi.
I chyba właśnie te chwile – bez pośpiechu, bez planu, z kieliszkiem wina i smakiem tapas – pozwoliły nam poczuć prawdziwy rytm Madrytu.
To miasto ma w sobie coś, co trudno opisać słowami. Jest pełne sztuki i historii, ale jednocześnie bardzo żywe, swobodne i trochę beztroskie. Można tu godzinami spacerować, zagubić się w bocznych uliczkach, odpocząć w cieniu drzew, a wieczorem usiąść w jednej z licznych knajpek i po prostu cieszyć się chwilą.
Wyjeżdżaliśmy z poczuciem, że Madrytu nie da się poznać podczas siedmiodniowej wizyty. Zostało nam jeszcze wiele miejsc do zobaczenia, obrazów do odkrycia i ulic, którymi warto się przejść.
Muzeum Prado – spotkanie ze sztuką w sercu Madrytu
Podczas pobytu w Madrycie nie mogło zabraknąć wizyty w jednym z najsłynniejszych muzeów na świecie – Muzeum Prado. Przyznam, że nie spodziewaliśmy się, że spędzimy tam aż pięć godzin! A jednak czas minął zdecydowanie zbyt szybko.
Muzeum Prado zostało otwarte w 1819 roku z inicjatywy króla Ferdynanda VII, na prośbę jego drugiej żony, Marii Izabeli. Początkowo miało prezentować dzieła należące do królewskiej kolekcji i pokazać Europie, że hiszpańska sztuka może śmiało konkurować z dorobkiem innych krajów.
Z biegiem lat kolekcja muzeum systematycznie się powiększała, dlatego w 2007 roku otwarto jego nową część.
Dzisiaj Prado robi ogromne wrażenie. Można tu podziwiać dzieła artystów z Hiszpanii, Włoch, Flandrii, Francji, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. A nazwiska, które spotykamy na każdym kroku, naprawdę robią wrażenie – Tycjan, El Greco, Diego Velázquez, Francisco de Goya, Hieronim Bosch i wielu innych wybitnych malarzy.
Jedną z rzeczy, która początkowo trochę nas zaskoczyła, jest zakaz fotografowania. Z czasem jednak uznaliśmy, że ma on swoje zalety. Można naprawdę skupić się na obrazach, ich szczegółach i atmosferze, zamiast obserwować tłum próbujący zrobić idealne zdjęcie. Tutaj sztuka zdecydowanie wygrywa z aparatem.
Najbardziej podobało nam się to, że mogliśmy spokojnie zwiedzać w swoim tempie. Bez pośpiechu zatrzymywaliśmy się przy obrazach, które przyciągały naszą uwagę. Niektóre oglądaliśmy dłużej, inne tylko mijaliśmy. I właśnie w tym tkwi chyba największy urok takiego miejsca – każdy może znaleźć coś, co poruszy go osobiście.
Spędziliśmy w Prado około pięciu godzin, delektując się sztuką, z którą na co dzień nie mamy możliwości obcować. Po kilku godzinach nogi zaczynały już trochę odmawiać posłuszeństwa, ale mimo wszystko wychodziliśmy z poczuciem, że nie zobaczyliśmy wszystkiego.
Na terenie muzeum znajduje się również kawiarnia, gdzie można na chwilę odpocząć, napić się i coś przekąsić. Przy tak ogromnej ilości sztuki taka przerwa naprawdę się przydaje.
Zdecydowanie warto zarezerwować na Prado kilka godzin. To nie jest miejsce, które warto zwiedzać w pośpiechu. Lepiej dać sobie czas i po prostu… chłonąć sztukę. To nasze zdanie.
Muzeum Thyssen-Bornemisza – spotkanie z historią sztuki
Do Muzeum Thyssen-Bornemisza wybieramy się z pewnym oczekiwaniem. W jednym z przewodników przeczytaliśmy, że zgromadzona tutaj kolekcja należy do najwspanialszych na świecie. Takie stwierdzenie oczywiście rozbudza ciekawość, choć dopiero zetknięcie z dziełami pozwala przekonać się, ile jest w nim prawdy.
Muzeum jest stosunkowo młode. Dla zwiedzających otwarto je w 1992 roku, ale jego kolekcja prowadzi nas znacznie dalej wstecz – przez kilka stuleci europejskiego malarstwa. Jej rozpiętość robi wrażenie. To właściwie podróż przez kolejne epoki, style i sposoby postrzegania świata.
Zwiedzanie ułatwia bardzo czytelny układ ekspozycji. Dzieła rozmieszczono chronologicznie i według prądów artystycznych, dzięki czemu kolejne sale układają się w swoistą opowieść o przemianach malarstwa. Wędrówkę rozpoczynamy na najwyższym piętrze, a potem stopniowo schodzimy w dół. Wraz z nami „schodzi” historia sztuki – od najstarszych dzieł ku czasom coraz bliższym współczesności.
Na parterze czeka na nas kolekcja wypożyczona przez Carmen Thyssen. To zbiór niezwykle różnorodny, obejmujący dzieła z wielu epok i reprezentujący rozmaite kierunki artystyczne. Są tu między innymi obrazy Moneta i innych impresjonistów, a także dzieła Emila Nolde.
Największe wrażenie robi jednak spotkanie z nazwiskami, które zna niemal każdy miłośnik sztuki. Picasso, Miró, Juan Gris, Dürer, Rafael, Tycjan, Rubens, Rembrandt, Caravaggio, Manet, Renoir, Cézanne, Van Gogh, Gauguin, Hopper, Rothko… Każde z tych nazwisk przywołuje inny świat, inną epokę, inną wrażliwość.
Przechodząc z sali do sali, można odnieść wrażenie, że obcujemy nie tyle z kolekcją obrazów, ile z wielką opowieścią o człowieku i jego spojrzeniu na rzeczywistość. Zmieniają się style, kolory, tematy i sposoby przedstawiania świata, ale niezmienna pozostaje potrzeba artystycznego wyrażenia tego, co trudno powiedzieć słowami. Oprócz obrazów, muzeum posiada również imponującą kolekcję rzeźb. Rzeźby Rodina, Brancusiego i Moore’a prezentują różne materiały, techniki artystyczne i ruchy .
Trudno więc nie zgodzić się z opinią przewodnika. Takie nagromadzenie znakomitych dzieł i nazwisk w jednym miejscu robi ogromne wrażenie. Muzeum Thyssen-Bornemisza nie jest wprawdzie jedynym miejscem w Madrycie, w którym można spotkać wielką sztukę, ale z pewnością należy do tych, których nie powinno się pomijać.
Wizyta tutaj staje się czymś więcej niż kolejnym punktem na mapie miasta. To spokojna, wielogodzinna wędrówka przez historię malarstwa – od średniowiecza po sztukę nowoczesną. I chyba właśnie dlatego nie mogliśmy sobie wyobrazić sobie pobytu w Madrycie bez odwiedzenia Muzeum Thyssen- Bornemisza.
Museo Reina Sofía – spotkanie z „Guernicą”
Są takie miejsca, do których idzie się dla jednego dzieła, a wychodzi z pamięcią o całym muzeum. Museo Reina Sofía w Madrycie jest właśnie takim miejscem.
Muzeum mieści się w dawnym XVIII-wiecznym szpitalu. Już sam budynek zdradza swoją przeszłość – szerokie korytarze, wysokie sufity i monumentalne, nieco chłodne wnętrza nie pozostawiają wiele miejsca na intymność. Można odnieść wrażenie, że architektura wciąż pamięta czasy szpitalnych łóżek i długich, cichych korytarzy.
A jednak w tych surowych przestrzeniach znalazło się miejsce dla jednej z najważniejszych kolekcji sztuki nowoczesnej w Europie.
Nie tylko „Guernica”
Kolekcja Reina Sofia liczy dziś prawiw 25 tysięcy dzieł i obejmuje okres od ostatnich dziesięcioleci XIX wieku aż po współczesność. Jej sercem jest historia sztuki hiszpańskiej, ale znajdziemy tu również wiele prac artystów międzynarodowych, ze szczególnym uwzględnieniem Ameryki Łacińskiej.
Większość zwiedzających przekracza próg muzeum z jednym konkretnym celem: zobaczyć „Guernicę” Picassa. I rzeczywiście, to ona przyciąga tłumy. Paradoksalnie jednak wiele osób wychodzi z przekonaniem, że warto było przyjść także dla całej reszty kolekcji.
Guernika – to wielkie płótno mające 3,49 metra wysokości i 7,76 metra szerokości. Zajmuje niemal całą przestrzeń i trudno przejść obok niego obojętnie. Sala pogrążona jest w półmroku, a obraz został mocno wyeksponowany światłem. Przez chwilę nie ma znaczenia, ile osób stoi obok nas. Jest tylko ogromne, czarno-białe płótno i emocje, które trudno nazwać.
„Guernica” nie potrzebuje komentarza. Nie trzeba znać historii sztuki ani studiować biografii Picassa, żeby poczuć jej siłę. Ból, chaos, rozpacz i przerażenie są czytelne bez tłumaczenia.
Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać ani ogromu tego dzieła, ani jego przejmującej wymowy. Dopiero stojąc przed nim, można zrozumieć, dlaczego stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli wojny i cierpienia XX wieku.
A może jednak duch?
Reina Sofía ma również swoją małą, nieco mroczną tajemnicę. Wśród muzealnych opowieści krąży historia o duchu o imieniu Atulfo, który podobno pojawia się w budynku po zmroku. O jego obecności miał opowiadać jeden ze strażników, przekonując, że nie tylko czuje czyjąś obecność, ale również widział tajemnicze widmo. Jego relację miała potwierdzić jedna z pracownic muzeum, która również twierdziła, że zauważyła ducha.
Czy to tylko plotka? Sensacyjna historyjka opowiadana kolejnym pokoleniom pracowników? A może coś więcej? W końcu budynek przez około 200 lat był jednym z najważniejszych szpitali Madrytu. Trudno się więc dziwić, że pojawiła się legenda, według której po jego korytarzach wciąż błąkają się duchy dawnych mieszkańców miasta.
Można w to wierzyć albo nie. Ale kiedy po obejrzeniu „Guerniki” przechodzimy pustym korytarzem starego szpitala, wyobraźnia potrafi zrobić swoje.
Jeśli planujecie wizytę w Reina Sofía; we wtorki muzeum jest zamknięte.
Choć wiele osób przychodzi tu tylko dla „Guerniki”, dobrze zostawić sobie trochę czasu na resztę. Czasem to właśnie dzieła, których wcale nie planowaliśmy zobaczyć, zostają z nami najdłużej.